Wszystko naraz

Moje okresy spokoju i uporządkowanego rytmu dnia, przerywa dzień dzisiejszy. Znowu muszę robić wszystko naraz i martwić się czy wszystko ogarnę. Wczoraj wieczorem był ministrant informujący, że dziś przyjdzie ksiądz po kolędzie. No ok, ale ja nie mam mieszkania posprzątanego (większe porządki zostawiam zwykle na sobotę). Nie żeby był sajgon, ale tak jakoś nie dobrze bym się czuła ze świadomością, że coś nie gra. Więc dziś wielkie sprzątanie, prasowanie, szykowanie. Muszę sprawdzić dziecku zeszyt do religii… I kurde, zdaje się że nie mam odpowiednich świec. No i jeszcze trzeba by zorganizować jakieś ciastka i czekolady dla ministrantów (odkąd muszą się rozliczać z kasy, zawsze dostają od nas czekolady albo czekoladki). Trzeba jeszcze zrobić obiad i skończyć robotę. Uff. Żebym tylko o czymś nie zapomniała. Wczoraj był B. i prosił o pomoc w znalezieniu jakieś fajne nowe nieruchomości we Wrocławiu, z przeznaczeniem na firmę, bo zamierza w końcu wyjść z domu „do ludzi”. Nie wiem czemu się zgodziłam. Jakbym miała nie wiadomo ile czasu wolnego. No ale dobra, może jutro. Jak dziś posprzątam, jutro będę mieć względne wolne. Przy okazji pożyczył kolejną książkę, oczywiście poprzednich czterech jeszcze nie oddał. Ciekawe kiedy się ich doczekam. Muszę ćwiczyć asertywność. Zdecydowanie. Bez sensu jest martwić się o odczucia innych, a później się wkurzać, że na własną szkodę. Trzeba by o siebie zadbać. Dziś na obiadek będzie zupa -krem, bo ostatnio bez kremików jakoś mi czegoś brakuje, a dla chłopaków ich ulubione naleśniki, bo oni za zupami nie przepadają. No cóż, to na razie tyle. Do roboty.