W zeszłym roku wkręciłam się w spływy kajakowe małymi, meandrującymi rzeczkami. Jakoś wcześniej specjalnie nie ciągnęło mnie do kajaków. W młodości, żebyśmy nie wypływali na środek jeziora, straszono nas grzybkiem. I tak nastraszono, że do dziś się tego grzybka obawiam, mimo, że nigdy mi się nie przytrafił… Pozostał jednak dyskomfort przed pływaniem po dużych akwenach, zwłaszcza w poprzek fali.
I dopiero w czasie ubiegłego urlopu dałam się namówić na spływ kajakowy po Czarnej Hańczy. Zgodnie z ulotką do wyboru mieliśmy cztery podlaskie, a właściwie suwalskie, rzeki – Czarną Hańczę, Rospudę, Marychę i Szeszupę. Najpierw myśleliśmy o Rospudzie, bo dużo o niej słyszeliśmy. Jednak pewna pani, która razem z nami wybierała kajaki, stwierdziła, że skoro są z nami dzieci i są osoby bez doświadczenia w machaniu wiosłem, to Rospudę odradza ze względu na odcinki o szybszym nurcie, które potrafią wyrzucić w zarośla, a w tych zaroślach bywa (a przynajmniej bywał w zeszłym roku) barszcz Sosnowskiego. Pani polecała nam Czarną Hańczę, albo przepiękną pustą Marychę.
Na Marychę było jednak za mało chętnych… „Procedura” jest taka, że zbiera się chętnych na daną trasę, bierze ludzi do busa, kajaki na przyczepkę i zawozi w wyznaczone miejsce startowe. Później, po kilku godzinach, kiedy dopłynie się do określonego miejsca końcowego, dzwoni się po firmę, żeby przyjechała i zabrała z powrotem do „miejsca zbiórki”.
Kiedy mieliśmy płynąć, wszyscy inni uczepili się Czarnej Hańczy jak rzep psiego ogona. Więc poszliśmy za wszystkimi. I absolutnie nie żałujemy. Jak już pisałam, przez firmy wynajmujące kajaki na Czarnej Hańczy są wyznaczone miejsca początkowe i końcowe. Nie wiem czy we wszystkich firmach jest tak samo, ale sądząc po ilości kajaków jest to prawdopodobne. Mieliśmy do dyspozycji 3 odcinki: 12 km (Wigry – Buda Ruska), 16 km (Buda Ruska – Frącki) i 23 km (Frącki – Mikaszówka). Zdecydowaliśmy się na odcinek 16 km.
Był przepiękny, polecam. Rzeka płynie sobie spokojnie, czasem wśród zarośli, czasem lasem przypominającym namorzynowy, czasem łąkami. Dookoła latają ważki, pływają kaczki i łabędzie. Woda jest tak czysta, że widać wodorosty o soczysto-zielonej barwie. Podobno w sezonie, zwłaszcza w weekendy, Czarna Hańcza potrafi się korkować od kajakarzy. My płynęliśmy w tygodniu i na korki nie trafiliśmy. I owszem było trochę kajakarzy, ale nie jakieś tłumy.
Przygoda warta przeżycia. W tym roku zachęcona doświadczeniami z poprzedniego, wybieram się na spływ Baryczą. Mam nadzieję, że będzie równie pięknie 🙂
A fotki z naszej wyprawy wyglądały np tak:



