Wiosna zaczęła się pięknie. Było ciepło, właściwie letnie. W ciągu 2 dni drzewa zabieliły się kwiatami i świeżutką zielenią, albo przynajmniej – te bardziej oporne – obsypały się pąkami. Na dworze zrobiło się cieplej niż w domu. Wykorzystaliśmy okazję do powłóczenia się w sobotę po górkach. Niestety, niedziela przywitała nas deszczem i 12-stopniowym spadkiem temperatury. Brrr. A mieliśmy jechać do Ogrodu Botanicznego… Niestety tę wycieczkę trzeba było przełożyć. W niedzielę przechodząc wzdłuż ulicy, przy której gęsto zaparkowano samochody, stwierdziliśmy, że 3/4 z nich ma już przełożone opony na letnie… Ja wiem, że zrobiło się ciepło, ale przysłowia, że w marcu jak w garncu i że kwiecień plecień poprzeplata, trochę zimy trochę lata, zawsze powodują, że przezornie powstrzymujemy się z przełożeniem opon do drugiej połowy kwietnia. No i proszę, wczoraj rozmawiałam z rodzinką z Wałbrzycha i dowiedziałam się, że tam ŚNIEG PADA. Na szczęście u nas klimat łagodniejszy i oby żadne mrozy nie przyszły i nie wymroziły drzewek, bo znowu będzie „klęska owocowa”.
Tymczasem dziś kolejny dzień chłodny i deszczowy. Kałuże na ulicy takie stoją, że bez gumowców ani rusz. Niedobrze. Będzie mokro, będą komary, które w zeszłym roku były plagą, a w tym już się pojawiły. Moja teoria jest taka: wiosna nie chce przyjść przez głupie przepisy środowiskowe, które zabijają starodawne zwyczaje i kulturę. Bo wyobraźcie sobie, że u nas w szkołach w tym roku nie było topienia ani palenia Marzanny, bo to szkodzi środowisku… A niby mamy inteligentne społeczeństwo z ogromnym odsetkiem ludzi z wyższym wykształceniem. Trzeba by więc wysnuć następujące wnioski: albo szkoły i uczelnie ogłupiają, albo żadne wykształcenie nie zrobi z głupca inteligenta…
