Doszłam do wniosku, że najbardziej lubię codzienność. Tę taką zwykłą, spokojną, mało ekscytującą, ułożoną, itd. Przymiotników można by mnożyć, tylko po co, skoro wiadomo o co chodzi. Oczywiście fajnie jest od czasu do czasu zrobić coś innego, nowego, czasem szalonego, ale to tak jak po dalekiej podróży: wszędzie dobrze, ale najlepiej w domu. A mi najlepiej z moją ułożoną, zaplanowaną codziennością. Może czasem nudno tak powtarzać jeśli nawet nie te same, to jednak podobne czynności każdego dnia, ale wiem, że jestem w nich dobra i chcę je wykonywać. Może zresztą za bardzo boję się porażek, żeby brać się na poważnie za coś zupełnie nowego. Co innego jeśli nie uda się eksperymentalne danie, a co innego jeśli nie wypali przebranżowienie się…
W ramach codzienności w końcu wybrałam się do fryzjera, bo moje włosy nadawały się już tylko do związywania, a tego nie lubię. Zmieniłam przy okazji kolor. Ostatnio kilka razy farbowałam je w domu, ale jednak farby fryzjerskie są dużo lepsze – trwalsze, bardziej przewidywalne co do odcienia, no i bardziej równomiernie nałożone – w sensie, że nie widać różnicy na odrostach. Samemu jednak trudno tak „posmarować”.
Z przykrych wiadomości mojej codzienności: zepsuła mi się lodówka. I to tak znienacka. Zanim się zorientowałam było w niej dość ciepło i ciekło z zamrażarki. Niestety trochę rzeczy musiałam wyrzucić, a teraz na „hura” przyrządzam to, co się lekko rozmroziło. A i tak spore ilości jedzenia oddałam koleżankom, bo się bałam, że nie damy rady tego przerobić. Przy okazji okazało się po raz kolejny, że w naszych czasach nic się nie opłaca robić. W tym przypadku – nie opłaca się naprawiać lodówki, bo koszt naprawy przewyższa jej wartość, biorąc pod uwagę rocznik zakupu. No więc trzeba było wyłożyć trochę kasy na nową. Coraz mniej trwałe te nowości, mimo że coraz droższe.
