Sprostowanie

Hmm… Poprzedni wpis wywołał mój uśmiech. W ramach rzetelności chyba muszę go sprostować. A mianowicie: menu co prawda zostało zmodyfikowane, ale nie udało się zmienić go diametralnie, bo mi się rodzina zbuntowała w oczekiwaniu na ulubione dania. A kwestia zdrowej diety jest moim chłopakom obca i raczej wyśmiewana niż traktowana z szacunkiem, więc rozumiecie… Zasadniczo udało się wprowadzić więcej warzyw. Jest też od czasu do czasu inne mięso, ale ptactwo inne niż kurczaki i indyki mogłyby dla nich nie istnieć. Przynajmniej w kontekście kuchni.

Pogoda, którą się zachwycałam pod koniec marca, zrobiła w kwietniu psikusa. Wszyscy na nią narzekaliśmy, ale w poszukiwaniu pozytywów należy napisać, że są. Są plusy tej sytuacji! Otóż, możemy się cieszyć wiosną po raz drugi w tym roku. I znowu po zimie 🙂 Bo kwietniowe ochłodzenie z mrozem i śniegiem należy chyba uznać za prawdziwą zimę. Ostatecznie rzadko w grudniu się zdarzają takie temperatury. Początek maja też dał do wiwatu. Nie ma jak iść na maturę w zimowej kurtce i kozakach… Zresztą część dzieciaków musiało taką pogodę przeboleć w swoją komunię.

Ale żeby nie było tylko sprostowania napiszę coś bardziej aktualnego. Otóż, ostatnio przeżyliśmy prawdziwą inwazję mrówek. Łaziło toto po mieszkaniu przez jakiś czas w pojedynczych sztukach, więc zostało  – dość pochopnie – przez nas zignorowane. Aż tu pewnego dnia pojawiło się chmarą w kuchni. Sytuacja była trudna do opanowania, ale chyba się udało. Myślę, że to efekt ostatnich deszczów, które cieszyły tylko ptaki, bo z ziemi powychodziły dżdżownice, więc miały prawdziwą wyżerkę. A poza mrówkami wynoszę też z domu co chwilę jakieś pająki… I przed rodziną muszę się zarzekać, że tego towarzystwa wcale nie spraszałam 😉

Z „nowości” muzycznych, które mi ostatnio nie tylko w duszy grają, ale słucham ich w kółko w domu mamy głównie: Ostrowską, Armstronga, Fitzgerald i Grechutę.

Miłego wiosennego świętowania weekendu 🙂