Frekwencja w wyborach

Wynik wyborów jest mniej – więcej taki jak przewidywały sondaże, czyli partia rządząca się nie zmienia, a opozycja modyfikuje. Partia rządząca się nie zmienia, bo ma stały program i wystarczającą ilość stałych wyborców. Gorzej z opozycją.

Jak dla mnie jest to coś „fenomenalnego”, że partia kreująca się na przedstawicieli „inteligencji” złożona w znacznej mierze z ekspertów – prawników, ekonomistów, itd. mająca doświadczenie w rządzeniu, nie jest w stanie sklecić żadnego zachęcającego programu wyborczego… Słyszymy tylko hasła: albo my, albo PiS. Żenada. No więc wyborcy miotają się od partii A do partii B, próbując wybrać „mniejsze zło”. A skutek jest kiepski, bo jaki ma być.

Za to wszystkie partie trąbią o wielkim sukcesie związanym z wysoką frekwencją. Sorry, byłby to sukces w krajach Europy Zachodniej, ale nie u nas. Polacy są narodem leniwym, niechętnie chodzącym na wybory, jeśli nic ich nie „uwiera”. Do tego w niedzielę była pogoda zachęcająca do wyjazdu w plener, a nie biegania do lokali wyborczych. A mimo to w wielu okręgach frekwencja przekroczyła 80%… Moim zdaniem to nie efekt świadomości i odpowiedzialności obywatelskiej, lecz strachu i nienawiści; strachu przed zmianami, albo przed kontynuacją dotychczasowej polityki – w zależności od poglądów, i nienawiści do przeciwników politycznych. To pokazuje skalę szczucia w telewizji i internecie, i w sumie jest antyzasługą wszystkich partii.

Więc abstahując od abstrakcyjnego pojęcia „polityki”, którą w końcu tworzą ludzie i przechodząc do tych ludzi – czy znacie jakiegoś polityka, dla którego warto obrażać swoich znajomych czy rodzinę? Czy któryś jest tego wart?