Prawo dzieci do wypoczynku-prawda czy fikcja?

Takie pytanie przychodzi mi ostatnio do głowy. Wiadomo, że dzieci dla prawidłowego rozwoju powinny wypoczywać, bawić się, „wybiegać”, zrelaksować. Pytanie tylko: kiedy? Dorośli mają zagwarantowaną pracę przez 8 godzin dziennie przez 5 dni w tygodniu. Czy zastanawialiście się kiedyś jak na tym tle wypadają dzieci? Przeliczmy to dla klasy 4 szkoły podstawowej (dzieci w wielu 10/11 lat). Lekcje obowiązkowe w tygodniu to 28 godzin lekcyjnych co daje średnią 5,6 godziny. Ale zawsze są jakieś zajęcia dodatkowe: wyrównawcze, basen, kółka zainteresowań. Należy przyjąć, że jest ich ok. 2 godziny tygodniowo, co daje nam 30 godzin – i piszę tu tylko o zajęciach w szkole, bez uwzględniania korepetycji i innych dodatkowych zajęć np treningów. A zatem mamy już 6 godzin dziennie.

Do tego trzeba odrobić lekcje – jest to obowiązek ucznia więc należy to ująć w jego „czasie pracy”. Ponieważ zwykle nauczyciele poza podręcznikami każą kupować dzieciom również wszelakiego typu ćwiczenia, których nie są w stanie przerobić na lekcji, dzieciaki ślęczą nad nimi w domu. A jest tego niemało. Ostatnio potomek miał zadanych np. 12 zadań z języka angielskiego z ćwiczeń, jedno z podręcznika i miał do zrobienia pracę (plakat). Plakatu nie zrobił, bo poza tymi lekcjami miał dużo innych i wygoniłam go o północy spać. Mimo zrobienia pozostałych lekcji dostał 1 za brak zadania domowego. Ale wróćmy do tematu, odrabianie – wyłącznie pisemnych prac domowych zajmuje zwykle ok. 3 godzin dziennie. Mamy więc już 9 godzin pracy. Do tego dochodzi jeszcze obowiązek nauczenia się lekcji – przynajmniej 3 ostatnich (bo zawsze może być kartkówka) i przeczytania lektur – w tym wieku już nie cienkich. Doliczmy więc jeszcze 1-2 godziny, jeśli ma być to zrobione pobieżnie. Wychodzi 10-11 godzin dziennie. Przy 8 godzinach pracy „przeciętnego” pracownika i 18 godzinach tygodniowo (chyba, że coś się zmieniło), czyli 3,6 godzinach pracy nauczyciela…

I powiedzcie mi jeszcze, że w Ministerstwie Edukacji siedzą kompetentne osoby… Śmiech.

Na marginesie, MEN powinien nawiązać bliższe przyjaźnie z Ministerstwem Zdrowia w celu leczenia uczniów, bo z moich rozmów przeprowadzanych z rodzicami wynika, że większość z nich, już w tym wieku jest tak przemęczona, że cierpi na migreny, albo biegunki i wymioty przed szkołą. Że nie wspomnę o rosnących statystykach dotyczących samobójstw wśród dzieci, którzy nie radzą sobie z tempem nadanym przez tępych decydentów.