Wnioski po wyprawie do sklepów

Zakupy rzeczywiście poprawiły mi humor i dodały energii, chociaż na zimowe wyprzedaże już się nie załapałam. Może to i dobrze. Po co mają rzeczy leżeć cały rok. Za to kupiłam sobie coś na już i na wiosenną przyszłość.

Konkluzja po zakupach jest przykra: ludzie to straszne fleje i naciągacze. W sklepach znalazłam mnóstwo bluzek pobrudzonych fluidami, część nawet gdzieś tam poprutych (pewnie jakaś „dama” próbowała się wcisnąć w za mały rozmiar). Ba, znalazłam nawet kilka bluzek wyraźnie noszonych. Zapewne ktoś kupił, ubrał na jakąś imprezę i odniósł, że niby nie nosił. Ciekawe dlaczego przyjęli coś takiego, skoro widać, że pod pachami brudna, na łokciach wygnieciona od noszenia i cała przybrudzona i wymiętolona. I jeszcze powiesili takie „coś” na wieszaku do sprzedaży jako nową rzecz. Nawet w lumpeksach są lepsze, a przynajmniej czyste.

Początek roku

Święta już dawno minęły, a ja się znów zagapiłam z wpisami. A zatem nadrabiając: w Święta było miło, rodzinnie, trochę nawet śnieżnie, choć niestety nie w Wigilię. Później był Sylwester, który minął wyśmienicie. Początek roku był bardzo męczący i dołujący. Mam nadzieję, że pozostałe miesiące nadrobią optymizmem za styczeń i początek lutego. Dziś deszczowo i trochę śnieżnie, a właściwie na odwrót: rano było śnieżnie, teraz deszczowo. Kolejna dziwna zima. Kończy się okres karnawału, w którym się nie wybawiliśmy i nie wybawimy, ale za to w Tłusty Czwartek nie będziemy sobie żałować pączków. Oczywiście z maślanką 🙂 Z Walentynkami jestem w lesie – ani prezentu, ani pomysłu na wieczór. Później urodziny – nie, nie moje, ale też jestem nieprzygotowana. Trzeba będzie się zebrać i zrobić szybką akcję prezentową. W naszym jadłospisie również powiało nudą – kiedy jest zimno mam ochotę na rosół albo bigos, a jak cieplej – monotematycznie na ryż albo zapiekane ziemniaki i gulasz. Nie chce mi się wymyślać niczego bardziej oryginalnego ani urozmaiconego. Chyba trzeba się spiąć, pomyśleć o wiośnie, żeby dodać sobie energii i wybrać się na jakieś zakupy. Ciekawe czy jeszcze są wyprzedaże… Ostatnio nawet nie miałam czasu pochodzić po sklepach. Albo zaszalejemy i w końcu wymienimy meble u Młodego, bo ma jeszcze komplet z okresu dziecięctwa, który niemało ucierpiał w okresie do – powiedzmy jego 5 roku życia. Co prawda przerabialiśmy go kilka razy, żeby „zmyć z niego dziecinność”, ale Młody mówi, że to i tak siara (nie wiem czemu, przewijaka tam nie ma;) a dziecinny wzorek został zamalowany i zastąpiony neutralnymi gryzmołami). Ale jak nie chce to nie; zobaczymy, może w końcu znajdziemy czas, żeby obejrzeć jakieś zestawy młodzieżowe i znaleźć coś dopasowanego do jego obecnego gustu. Taka przechadzka po sklepach meblowych w zasadzie mogłaby dobrze zrobić na moją ostatnią awersję do jakiejkolwiek nadplanowej aktywności. Chociaż z drugiej strony siedzenie w domu też nie jest złe: wyjątkowo mało wydałam w tym miesiącu i przeczytałam trzy książki…

Tydzień do świąt

No i rozwiały się resztki nadziei na białe święta. Trudno, trzeba cieszyć się tym co mamy, czyli świętowaniem, długim wolnym, spotkaniami z rodziną, obdarowywaniem i otrzymanymi prezentami, choinką, gotowaniem, pieczeniem, jedzeniem, zapachami świąt.

Na dworze znów zrobiło się dość ciepło. Przynajmniej można było spokojnie umyć okna, bez tego utrudnienia w postaci zamarzającej pod szmatką wody.

Na święta wymyśliłam sobie jagnięcinę, a teraz szukam dobrego przepisu, bo jeszcze nie robiłam. Może ktoś doradzi?

Prognoza pogody na zimę i przedświątecznie

Zimno, zimno, będzie zimniej. Wypadałoby trochę schudnąć, ale przy takiej pogodzie to się nie uda. Mam ochotę na rozgrzewający bigos, albo kluski śląskie z sosem i wołowinką. A na deser kawa i jabłecznik z dużą ilością goździków i cynamonu 🙂

Dziś rozbawił mnie artykuł, w którym meteorolodzy stwierdzili, że zima będzie mroźna, śnieżna i długa; napisali też ile dni będzie padał śnieg w niektórych miastach. Cóż, ambitnie, ambitnie, ale proponuję najpierw dopracować prognozy 3-dniowe (bo często się nie sprawdzają), później zabrać się za tzw. długoterminowe czyli 16-dniowe, bo zwykle wyglądają one tak: najbliższy tydzień zbliżony do dnia dzisiejszego, a drugi tydzień taki jak akurat chciałby ogół, czyli w zimie zimny i śnieżny, a latem upalny. Odnoszę wrażenie, że prognozy te są pisane dla poprawienia nastroju obywatelom, a nie żeby realnie określić przyszłą pogodę. Zapewne tak samo wygląda sytuacja z prognozą na całą zimę: ostatnio była ciepła, więc dla urozmaicenia powiedzmy ludziom, że teraz będzie zimno. Część się ucieszy, bo tęskni za śniegiem, część się zmartwi, bo ludzie się rozleniwili i nikomu się już nie chce ciepło ubierać i skrobać samochodu. No i to poruszanie się po śniegu albo brei w szpilkach… Jednocześnie pobudzi to gospodarkę, bo wiele miast, spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych, a nawet indywidualne osoby kupią piasek i sól drogowa, na wszelki wypadek do posypania chodników i ulic. Część zaopatrzy się na wszelki wypadek w cieplejsze ciuchy i buty, część kupi więcej opału, bo przecież nie będą kupować jak już temperatura spadnie. Summa summarum wydamy więcej i więcej wpłynie kasy z podatków do budżetu, więc nic dziwnego, że meteorolodzy opłacani zapewne w większości z budżetów, wieszczą prawdziwą zimę. Teoria spiskowa? Może, ale kto to zweryfikuje. Może to tylko „kampania marketingowa” na rzecz zwiększonych wydatków.

Ale zostawmy niepewne tematy, bo jaka będzie zima wkrótce się przekonamy. Pewnikiem jest za to, że wkrótce mikołajki, a później święta, więc i tak „popłyniemy” z kasą. W tym roku postanowiliśmy wspólnie z rodziną, że mikołajki będą symboliczne i słodkie. Za to pod choinką tradycyjnie muszą się znaleźć prezenty dla każdego. Niestety nikt nie chce pisać listów do Mikołaja i każdy twierdzi, że chce „niespodziankę”. Aż chciałoby się uraczyć każdego skarpetkami 🙂 Ale złośliwa nie będę. Wypatrzyłam już fajne paski męskie diesel i chyba coś takiego sprawię ukochanemu. Zgodnie z jego zasadą: coś ładnego i praktycznego. Może zresztą zdecyduję się na dwa i wybiorę drugi dla taty. Mamie i siostrze wybiorę coś „słitaśnego” i świątecznego, bo lubią takie rzeczy – papcie, piżamy, szlafroki, sweterki, świeczniki, termofory, filiżanki, itd. Dziecko wciągnęło się w czytanie, więc może jakąś książkę i niezawodne – jeśli chodzi o zadowolenie dzieci – klocki Lego… Jakoś to będzie, byleby trzymać się budżetu.

Subiektywny ranking ryb wędzonych

Bardzo lubię ryby, również wędzone. Myślę jednak, że w przypadku ryb wędzonych różnice smakowe są dużo bardziej wyczuwalne niż w smażonych. Stworzyłam więc mój subiektywny ranking ryb wędzonych. Ciekawe ile osób się ze mną zgodzi. Oto on:
1. grenadier – moim zdaniem najlepsza ryba wędzona. Ma jasne, soczyste, nie słone – jak na rybę morską – mięso; przyznałam jej ocenę 9/10 p. (10 zastrzegam na wypadek „odnalezienia” jakiegoś smakowego cudeńka),
2. łosoś – lubię wędzonego na gorąco, ma soczyste, charakterystyczne mięso i pod względem koloru (łososiowe, pomarańczowo – różowe) i smaku. Przyznałam jej mocną 8;
3. trewal – soczysty, tłuściejszy, trochę podobny w smaku do makreli. Dostał ode mnie 7;
4. palia – ma charakterystyczne żółte mięso, dość suche, mało słone, łagodne, ale moim zdaniem smaczne. Dostała ode mnie również 7;
5. karmazyn – mięso dość twarde, średnio słone, smaczne; dostał ode mnie 7;
6. sielawa – mała rybka, ma najwięcej ości ze wszystkich w rankingu, które jednak łatwo odchodzą. Mimo niepozornego wyglądu ma pyszny smak. Mało słona. Dostała ode mnie 6,5 p.;
7. pstrąg – smaczny, choć najbardziej go lubię ugotowanego w ziołach na parze; podobnie jak sielawa jest rybą jeziorną, mało słoną; daję mu również punktację 6,5;
8. makrela – soczysta, tłusta, średnio słona, smaczna; ma u mnie 6,5 p.;
9. sieja – soczysta, ale twarda, dość słona, choć lekko „mulasta”. Dostaje jednak 6;
10. srebrzyk – śledziowaty, ma sporo ości, miękkie mięso (trochę „ciapowate”), dość słony; dostał ode mnie 5 p.
11. śledź – ma bardzo dużo ości, słony, smaku śledzia chyba nie trzeba przybliżać; dostał ode mnie 4.
12. tołpyga – ma ości, mięso „rozciapane”, mulasty smak; waham się pomiędzy 3 a 2.
13. sum – smak mulasty, podobny do karpia i tołpygi, miękki, „ciapowaty” – dostał ode mnie również coś pomiędzy 2 a 3;
14. karp – przyznam szczerze: to nie mój smak; dostał ode mnie również jakieś 2,5;
15. węgorz – zupełnie nie rozumiem fascynacji tą rybą i jej ceny; najwyraźniej nie jestem wystarczającą koneserką. Mięso – dość twarde, choć nie układa się w „kawałeczki”, tylko jest zbite jako całość, smak mulasty; jak dla mnie kompletnie niesmaczny. Być może wynika to z jego trybu życia i jadłospisu. Węgorz żyje w zamulonym dnie jezior i mórz, żywi się także padliną; co ciekawe jego krew zawiera ichtiotoksynę, której działanie jest podobne do jadu węży; węgorz traci swoje właściwości trujące po obróbce termicznej. Jak dla mnie ocena to 1.

Oczywiście nie jest to pełny ranking ryb. Uwzględniłam tylko te najbardziej popularne, bez halibuta, za którym nie przepadam, w przeciwieństwie do mojej rodziny, więc jest dla mnie zbyt „kontrowersyjny”, aby został oceniony 😉

Jeziora

Mam przeczucie, że na długi czas jeziora będą celem moich podróży. Bo czy może być przyjemniejszy sposób spędzania wolnego czasu niż pływanie po i w czystym jeziorku, wylegiwanie się na pomoście z książką, wpatrywanie się w taki krajobraz, podziwianie wędrownych ptaków?

Pewnie wiele osób mogłoby powiedzieć: „tak, ja wolę…”.  Ale dla mnie to jest najfajniejsze 🙂

 

 

Odwiedziny Warmii

Ostatnio miałam okazję odwiedzić piękną Warmię. Nie mogłam się wprost nadziwić jacy mili i uprzejmi ludzie tam mieszkają. Aż chciałoby się tam przeprowadzić. Miałabym wielką ochotę zamieszkać w tej krainie usianej jeziorami, w dużo większym stopniu wśród lasów niż w okolicach, w których teraz mieszkam. A gotować przecież można wszędzie 🙂

Po świętach i po majówce

Już po świętach i po majówce. Na dworze zielono i kwitnąco. Czas zasadzić dynie, kabaczki i arbuzy.

Miałam schudnąć, a przytyłam 🙁 A wszystko przez przepyszny mazurek daktylowo – migdałowy i moje łakomstwo…

Przedświątecznie

Ostatnio mam problem z realizacją planów. Może mam ich za dużo w stosunku do wolnego czasu. Nawet na pewno. W planach było zrobienie pięknych kartek wielkanocnych dla rodziny. Okazało się jednak to zbyt czasochłonne dla amatora, a święta coraz bliżej, więc wczoraj poszłam na łatwiznę i kupiłam kartki. Teraz tylko trzeba życzenia wypisać i wysłać. Ostatnio wszystko robiłam na ostatnią chwilę. Tym razem zamierzam się pospieszyć i dać poczcie więcej czasu na dostarczenie przesyłek przed świętami. Przygotowałam więc sobie pliczek i jak tylko skończę robić wpis, wypełniam i robię sobie spacerek na pocztę.

A nawiązując do tematu bloga, zmieniam przyzwyczajenia kulinarne. Na początek wyrzuciłam rzeczy napakowane chemią – wszelkie kostki rosołowe i przyprawy „z dodatkami”. Ziemniaki i inne warzywa zaczęłam gotować tylko na parze; zrezygnowałam niemal zupełnie z pieczywa; tym samym również z masła i serów, z wyjątkiem twarożku 🙂 Odłożyłam słodycze, chociaż w czasie świąt nie będę umiała zapewne uciec od ciast. Herbatę czarną zastąpiłam zieloną i ziołowymi. Z kawy niestety nie potrafię zrezygnować, bo musiałabym rano mieć jakąś podpórkę pod głowę i oczy, ale wielki kubek kawy z mleczkiem i cukrem zastąpiła pyszna lavazza espresso point, oczywiście bez mleczka i cukru. I choć na początku musiałam się przyzwyczaić do nowego smaku, teraz nie wyobrażam sobie już powrotu do wielkiego kubka kawy. No chyba, że inki. Ale to też bez dodatków.