Już świątecznie?

W sklepach na półkach wyprzedażowych stoją jeszcze znicze i kwiaty przeznaczone na groby, a na „topowych” miejscach już pojawiły się choinki, ozdoby świąteczne, zabawki, zabawki, zabawki, świąteczne zestawy kosmetyków i wszelkiego rodzaju rzeczy, które zdaniem sprzedawców, powinny stać się prezentami świątecznymi. Rozbieżność cenowa – od jakichś paru złotych do paru tysięcy… O, zapomniałabym, istnieje możliwość zakupu na raty. Bo któż nie marzy o tym, żeby kupić dziecku klocki Lego i spłacać je do przyszłych świąt 🙂 Przy okazji słyszymy ciągle o jakimś „must have”, „must buy”. Bo czy można odmówić dziecku np. xboxa albo nowego smartfona pod choinkę? W sumie można, ale zdaniem wielu nie należy, bo istnieje coś takiego jak „magia świąt”, przez którą należy rozumieć: dom pachnący choinką, pomarańczami i cynamonem, na bogato wystrojony od zewnątrz i wewnątrz, rodzinę ubraną w „jednorazówki” (czyli stroje z motywami świątecznymi, które kupuje się na raz) oraz mnóstwo prezentów… I nie ważne są same święta, ważna ich oprawa. Marzeniem byłby jeszcze 3 dniowy śnieg i gdyby można było go sprzedawać w ilościach zdolnych ubielić ogródek, to pewnie byłby kolejnym hitem na raty. Swoją drogą ciekawe jaka byłaby reakcja mojego dziecka na prezent w postaci owoców, słodyczy i czegoś zrobionego specjalnie dla niego np. samodzielnie wydzierganego szalika? No, z szalika może by się nie ucieszył, bo ich nie lubi, więc zamieńmy to na czapkę. Trochę za szybko jak dla mnie te święta. I za szybko później znikają.

Już wiemy komu robimy mikołajkowy prezent… Nie wiemy jeszcze jaki…

Kapryśny październik

Moje wcześniejsze wpisy są datowane na bodajże najcieplejsze lato od niepamiętnych czasów, a przynajmniej najcieplejszy sierpień – cały suchy i upalny. Tymczasem dla równowagi przyszedł nam chyba najzimniejszy październik od niepamiętnych czasów. Ten październik, który zwykle oznaczał piękną, złotą polską jesień, ze słońcem, błyszczącymi nitkami babiego lata, przebarwiającymi się i wolno opadającymi liśćmi, suchymi i szeleszczącymi pod nogami, z porannymi mgłami i lasami pachnącymi grzybami, ten październik – jest w tym roku pochmurny, deszczowy, zimny, z przymrozkami a nawet opadami śniegu.

Plusem jest to, że oznacza to koniec suszy, minusem – cała reszta: chandra, a nawet depresja, przeziębienia, mokre ciuchy i buty, parasolki, konieczność ogrzewania mieszkań, gorszy nastrój rekompensowany często zakupami, a więc i niekorzyść dla portfela, bo skoro po lesie nie można pospacerować, to ludzie idą na spacer do galerii i marketów. Osobiście takiej jesieni nie lubię i na taką nie czekałam… Więc szkoda, bo październik, który zwykle jest moim ulubionym miesiącem, jest tylko raz w roku i na następny, oby ładniejszy, poczekać muszę 11 miesięcy.

Żeby zająć czymś myśli w tę depresyjną pogodę, postawiłam sobie cel: naukę języka. Doszłam do wniosku, że mnóstwo czasu spędzam w aucie i mogłabym ten czas lepiej wykorzystać, właśnie na naukę języka. Zamarzył mi się włoski. Znalazłam zestaw płyt do nauki języków, który kiedyś kupiłam i uruchomiłam. Niestety, włoski jako taki, jest mi kompletnie obcy. Kiedy uczyłam się angielskiego czy niemieckiego, mimo że to było od podstaw, to jednak kojarzyłam jakieś tam słówka, zwroty. We włoskim słuchanym nie potrafię nawet określić gdzie zaczyna się i gdzie kończy poszczególny wyraz.

Tymczasem autorzy mojej płytki najwyraźniej stwierdzili, że grunt to osłuchanie się i zaczęli „z grubej rury”. Przyznam, że to dobry sposób nauki języka, kiedy jesteś za granicą i „rozmawiasz” z tubylcem. Tylko, że wtedy dochodzi do tej „rozmowy” także gestykulacja i pokazywanie na przedmioty, o których się rozmawia. Sam dialog bez tłumaczenia (może i prosty), puszczony z płytki, jakoś do mnie nie dociera. Nie mam po prostu pojęcia o co chodzi. Ściągnęłam więc z internetu prezentacje innych kursów i przyznam, że albo ja nie umiem szukać, albo wszyscy tak nagrywają.

Ostatecznie dałam sobie spokój z włoskim i zabrałam się za szlifowanie angielskiego, żeby wejść na wyższy stopień wtajemniczenia. Przede mną jazda na kilka delegacji, najbliższa do Katowic, więc będzie sporo czasu do nauki. Tylko jeszcze do trudniejszych słówek (żeby nie pokręcić znaczeń) muszę sobie kupić jakiś fajny słownik języka angielskiego. Katowice mamy odwiedzić w najbliższy piątek, więc przed wyjazdem zapewne nie starczy czasu, ale weekend będzie dobry na poszukiwania, zwłaszcza jeśli będzie pogodowo tak kapryśny jak ostatnie dni. Myślałam w każdym bądź razie o czymś bardziej profesjonalnym i podającym więcej przykładów zdań niż tłumacz Google. Raczej coś w stylu Longmana.

A za trochę dłużej niż tydzień już Wszystkich Świętych i listopad. Jeśli w tym roku są takie anomalia pogodowe i jest tak inaczej niż zwykle… to może wyjątkowo grudzień sypnie śniegiem. I w końcu po wielu wielu latach, będziemy mieli white Christmas 🙂