Moje wcześniejsze wpisy są datowane na bodajże najcieplejsze lato od niepamiętnych czasów, a przynajmniej najcieplejszy sierpień – cały suchy i upalny. Tymczasem dla równowagi przyszedł nam chyba najzimniejszy październik od niepamiętnych czasów. Ten październik, który zwykle oznaczał piękną, złotą polską jesień, ze słońcem, błyszczącymi nitkami babiego lata, przebarwiającymi się i wolno opadającymi liśćmi, suchymi i szeleszczącymi pod nogami, z porannymi mgłami i lasami pachnącymi grzybami, ten październik – jest w tym roku pochmurny, deszczowy, zimny, z przymrozkami a nawet opadami śniegu.
Plusem jest to, że oznacza to koniec suszy, minusem – cała reszta: chandra, a nawet depresja, przeziębienia, mokre ciuchy i buty, parasolki, konieczność ogrzewania mieszkań, gorszy nastrój rekompensowany często zakupami, a więc i niekorzyść dla portfela, bo skoro po lesie nie można pospacerować, to ludzie idą na spacer do galerii i marketów. Osobiście takiej jesieni nie lubię i na taką nie czekałam… Więc szkoda, bo październik, który zwykle jest moim ulubionym miesiącem, jest tylko raz w roku i na następny, oby ładniejszy, poczekać muszę 11 miesięcy.
Żeby zająć czymś myśli w tę depresyjną pogodę, postawiłam sobie cel: naukę języka. Doszłam do wniosku, że mnóstwo czasu spędzam w aucie i mogłabym ten czas lepiej wykorzystać, właśnie na naukę języka. Zamarzył mi się włoski. Znalazłam zestaw płyt do nauki języków, który kiedyś kupiłam i uruchomiłam. Niestety, włoski jako taki, jest mi kompletnie obcy. Kiedy uczyłam się angielskiego czy niemieckiego, mimo że to było od podstaw, to jednak kojarzyłam jakieś tam słówka, zwroty. We włoskim słuchanym nie potrafię nawet określić gdzie zaczyna się i gdzie kończy poszczególny wyraz.
Tymczasem autorzy mojej płytki najwyraźniej stwierdzili, że grunt to osłuchanie się i zaczęli „z grubej rury”. Przyznam, że to dobry sposób nauki języka, kiedy jesteś za granicą i „rozmawiasz” z tubylcem. Tylko, że wtedy dochodzi do tej „rozmowy” także gestykulacja i pokazywanie na przedmioty, o których się rozmawia. Sam dialog bez tłumaczenia (może i prosty), puszczony z płytki, jakoś do mnie nie dociera. Nie mam po prostu pojęcia o co chodzi. Ściągnęłam więc z internetu prezentacje innych kursów i przyznam, że albo ja nie umiem szukać, albo wszyscy tak nagrywają.
Ostatecznie dałam sobie spokój z włoskim i zabrałam się za szlifowanie angielskiego, żeby wejść na wyższy stopień wtajemniczenia. Przede mną jazda na kilka delegacji, najbliższa do Katowic, więc będzie sporo czasu do nauki. Tylko jeszcze do trudniejszych słówek (żeby nie pokręcić znaczeń) muszę sobie kupić jakiś fajny słownik języka angielskiego. Katowice mamy odwiedzić w najbliższy piątek, więc przed wyjazdem zapewne nie starczy czasu, ale weekend będzie dobry na poszukiwania, zwłaszcza jeśli będzie pogodowo tak kapryśny jak ostatnie dni. Myślałam w każdym bądź razie o czymś bardziej profesjonalnym i podającym więcej przykładów zdań niż tłumacz Google. Raczej coś w stylu Longmana.
A za trochę dłużej niż tydzień już Wszystkich Świętych i listopad. Jeśli w tym roku są takie anomalia pogodowe i jest tak inaczej niż zwykle… to może wyjątkowo grudzień sypnie śniegiem. I w końcu po wielu wielu latach, będziemy mieli white Christmas 🙂
