Zmiana adresu

Blog został przeniesiony z adresu: http://w-czasie-gotowa.blog.pl z uwagi na zamknięcie przez ONET platformy blog.pl.

Nowy Rok, nowa energia

Może tytuł by na to wskazywał, ale nie, nie jestem szurnięta na punkcie przepływu energii różnych. Co prawda czasem doskwiera mi jej brak i nic mi się nie chce, rzadziej – na szczęście – brakuje mi jej w sieci energetycznej; fizyki nie lubię, więc nie będę analizować energii mechanicznej, kinetycznej, potencjalnej ani żadnych innych. Chodzi mi tylko o to, że zawsze w Nowy Rok wchodzę z optymizmem i mnóstwem energii, zapału i chęci do aktywnego spędzenia czasu, zmian i takich tam rzeczy. Wiecie przecież o co mi chodzi. Zwykle spala się to wszystko powoli wśród codziennych zajęć i niewiele z tego wychodzi. W tym roku szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że za tydzień wyjeżdżam w góry. Będę więc energię spalać na stoku. Ale się cieszę! Już się nie mogę doczekać 🙂

Aktywnego wypoczynku Wam życzę w związku ze zbliżającymi się czy tam trwającymi feriami i dużo pozytywnych rzeczy przez cały rok 🙂

Trochę ze strachu…

Właśnie mi się przypomniało, że ja prowadzę bloga… Co prawda od czasu do czasu, ale jednak. No więc trochę ze strachu, żeby mi go nie usunęli za to, że od dłuższego czasu leży odłogiem, postanowiłam coś napisać. Lato minęło, pół jesieni też, ale ja wiem czy u mnie wiele się zmieniło? Chyba nie. Z jogi, na którą miałam chodzić nic nie wyszło, bo grupa, która działała od kilku, po wakacjach już nie ćwiczy. A przynajmniej nie ćwiczy w tym miejscu, w którym byli dotychczas i nie mogłam jej znaleźć. Wielka szkoda. Jakoś tak dziwnie się składa, że po basenie kręgosłup boli mnie bardziej (może coś źle robię?) więc rzadko kiedy chodzę popływać. Chyba postawię na leczenie „bierne”, czyli na masaże.

Lato rzeczywiście spędziłam w domu, a właściwie w znacznej mierze na uczestniczeniu w różnych imprezach i jeżdżeniu (lub chodzeniu) po okolicy. Teraz zrobiło się chłodno i wyraźnie brakuje mi aktywności. Miałabym ochotę ją kontynuować, ale ochota przechodzi jak tylko wyjdę z domu. Nie mam pojęcia dlaczego tak marznę. Kiedyś tak nie miałam. Starość czy co? Hmmm… nudy w życiu, nudy na blogu 😉

Co by tu wymyślić w czasie wakacji?

Nie ma co. Nie tak wyobrażałam sobie tegoroczne lato. Ale cóż zrobić. I tak bywa. Otóż, nie zanosi mi się na żaden wyjazd… No, poza wyjazdem do rodziny, u której ostatnio często przesiaduję, z powodu kumulacji dziwnych zbiegów okoliczności i wynikających z nich spraw do załatwienia. A że sprawy są do załatwiania przeważnie w urzędach w stylu: skarbówka czy ZUS oraz w banku, więc ćwiczę cierpliwość i pokorę. Ze zdziwieniem stwierdziłam zresztą (bo zwykle wszystko załatwiam online, względnie telefonicznie), że i do tych przybytków zawitała nowoczesność w postaci wygodnych foteli i klimatyzowanych pomieszczeń. Poza tym mają także system kolejkowy, co pozwoliło mi zrobić zakupy w pobliskim markecie w oczekiwaniu na „mój numerek”. Niereformowalne pozostały tylko godziny otwarcia urzędów – żeby coś załatwić trzeba wziąć wolne… No, ale ok. Rozumiem, że tam też pracują ludzie, którzy chcą jak najszybciej wrócić do domu.

Ponieważ jednak lato to dla mnie zwykle okres wzmożonej aktywności i kumulacji energii, starając się ją wykorzystać, szukam ciekawych miejsc i fajnych imprez w pobliżu. No i odkryłam, że jest ich mnóstwo. Jeśli się człowiek nie chce nudzić, to na pewno nie będzie i znajdzie coś dla siebie. Jest wszystko – imprezy sportowe, zajęcia w obiektach sportowych, dla tych, którzy wolą sami się ruszać zamiast tylko patrzeć na innych, różnego rodzaju koncerty, wystawy, plaże miejskie, przedstawienia w teatrach i w plenerze, rejsy krótsze i dłuższe, warsztaty itd. Do wyboru, do koloru. Byleby się nie zasiedzieć w domu.

A że wiele z tych imprez znajduje się „pod zadaszeniem”, więc nawet zła pogoda nie będzie wymówką. Upały, które zapowiadają na przyszły tydzień, też nie. 

Poza tym mam ambitne plany na jesień. Jak na mnie to nawet bardzo ambitne. Mianowicie zaczynam ćwiczyć jogę 🙂 Dla zdrowia, dla satysfakcji i dlatego, że ponoć udało się w pobliskim obiekcie stworzyć fajną grupę, wspierającą się nawzajem w kryzysach aktywności, do której – mam nadzieję – uda mi się dołączyć. Oby udało mi się trochę porozciągać. Liczę na to, że poprawię opłakaną kondycję mojego kręgosłupa… Ale zanim to się stanie, będzie bolało… Już to czuję.

Miłego dnia.

Sprostowanie

Hmm… Poprzedni wpis wywołał mój uśmiech. W ramach rzetelności chyba muszę go sprostować. A mianowicie: menu co prawda zostało zmodyfikowane, ale nie udało się zmienić go diametralnie, bo mi się rodzina zbuntowała w oczekiwaniu na ulubione dania. A kwestia zdrowej diety jest moim chłopakom obca i raczej wyśmiewana niż traktowana z szacunkiem, więc rozumiecie… Zasadniczo udało się wprowadzić więcej warzyw. Jest też od czasu do czasu inne mięso, ale ptactwo inne niż kurczaki i indyki mogłyby dla nich nie istnieć. Przynajmniej w kontekście kuchni.

Pogoda, którą się zachwycałam pod koniec marca, zrobiła w kwietniu psikusa. Wszyscy na nią narzekaliśmy, ale w poszukiwaniu pozytywów należy napisać, że są. Są plusy tej sytuacji! Otóż, możemy się cieszyć wiosną po raz drugi w tym roku. I znowu po zimie 🙂 Bo kwietniowe ochłodzenie z mrozem i śniegiem należy chyba uznać za prawdziwą zimę. Ostatecznie rzadko w grudniu się zdarzają takie temperatury. Początek maja też dał do wiwatu. Nie ma jak iść na maturę w zimowej kurtce i kozakach… Zresztą część dzieciaków musiało taką pogodę przeboleć w swoją komunię.

Ale żeby nie było tylko sprostowania napiszę coś bardziej aktualnego. Otóż, ostatnio przeżyliśmy prawdziwą inwazję mrówek. Łaziło toto po mieszkaniu przez jakiś czas w pojedynczych sztukach, więc zostało  – dość pochopnie – przez nas zignorowane. Aż tu pewnego dnia pojawiło się chmarą w kuchni. Sytuacja była trudna do opanowania, ale chyba się udało. Myślę, że to efekt ostatnich deszczów, które cieszyły tylko ptaki, bo z ziemi powychodziły dżdżownice, więc miały prawdziwą wyżerkę. A poza mrówkami wynoszę też z domu co chwilę jakieś pająki… I przed rodziną muszę się zarzekać, że tego towarzystwa wcale nie spraszałam 😉

Z „nowości” muzycznych, które mi ostatnio nie tylko w duszy grają, ale słucham ich w kółko w domu mamy głównie: Ostrowską, Armstronga, Fitzgerald i Grechutę.

Miłego wiosennego świętowania weekendu 🙂

Zmiana jadłospisu

Nadeszła wiosna, a wraz z nią nie tylko ochota na zmianę ciuchów, ale też jadłospisu. I nie, tym razem nie chodzi mi o lekkie sałatki. Po prostu stwierdziłam z przykrością, że moje menu zrobiło się tendencyjne. Swoją drogą, niemała w tym zasługa rodziny, która ma swoje ulubione potrawy, ale ileż można. Wprowadzam więc zmiany, albo przynajmniej modyfikacje. Zaczynam dziś od zmiany sosów do mięs na musy. Zobaczymy co z tego wyjdzie. No i będzie więcej kaczek, gęsi i królików. Taki plan. Oby nie rozjechał się w rzeczywistości 😉

A pogoda naprawdę piękna, co muszę odnotować. Od wczoraj mamy prawdziwą wiosnę, z temperaturami niewiele poniżej 20 stopni i błękitnym niebem. Chce się wstawać, chce się żyć.

Ufff… Kolejne zebranie z rodzicami odfajkowane. Nie było tym razem tak źle. Poszło nawet bardzo sprawnie. Czasem zdarzają się rodzice z wielkimi problemami, nad którymi potrafią się długo rozwodzić i szukać poklasku wśród innych. Tym razem ich nie było 🙂

Codzienność

Doszłam do wniosku, że najbardziej lubię codzienność. Tę taką zwykłą, spokojną, mało ekscytującą, ułożoną, itd. Przymiotników można by mnożyć, tylko po co, skoro wiadomo o co chodzi. Oczywiście fajnie jest od czasu do czasu zrobić coś innego, nowego, czasem szalonego, ale to tak jak po dalekiej podróży: wszędzie dobrze, ale najlepiej w domu. A mi najlepiej z moją ułożoną, zaplanowaną codziennością. Może czasem nudno tak powtarzać jeśli nawet nie te same, to jednak podobne czynności każdego dnia, ale wiem, że jestem w nich dobra i chcę je wykonywać. Może zresztą za bardzo boję się porażek, żeby brać się na poważnie za coś zupełnie nowego. Co innego jeśli nie uda się eksperymentalne danie, a co innego jeśli nie wypali przebranżowienie się… 

W ramach codzienności w końcu wybrałam się do fryzjera, bo moje włosy nadawały się już tylko do związywania, a tego nie lubię. Zmieniłam przy okazji kolor. Ostatnio kilka razy farbowałam je w domu, ale jednak farby fryzjerskie są dużo lepsze – trwalsze, bardziej przewidywalne co do odcienia, no i bardziej równomiernie nałożone – w sensie, że nie widać różnicy na odrostach. Samemu jednak trudno tak „posmarować”.

Z przykrych wiadomości mojej codzienności: zepsuła mi się lodówka. I to tak znienacka. Zanim się zorientowałam było w niej dość ciepło i ciekło z zamrażarki. Niestety trochę rzeczy musiałam wyrzucić, a teraz na „hura” przyrządzam to, co się lekko rozmroziło. A i tak spore ilości jedzenia oddałam koleżankom, bo się bałam, że nie damy rady tego przerobić. Przy okazji okazało się po raz kolejny, że w naszych czasach nic się nie opłaca robić. W tym przypadku – nie opłaca się naprawiać lodówki, bo koszt naprawy przewyższa jej wartość, biorąc pod uwagę rocznik zakupu. No więc trzeba było wyłożyć trochę kasy na nową. Coraz mniej trwałe te nowości, mimo że coraz droższe.

W końcu po chorobie

Nie uwierzycie, ale dopiero teraz mogę powiedzieć, że wyzdrowiałam, choć może nawet jeszcze nie tak do końca. Bite dwa tygodnie. Masakra. Miałabym ochotę poszaleć w weekend, bo w końcu karnawał ucieka, ale chyba jeszcze trochę posiedzę w domu, żeby choróbsko nie wróciło… A w przychodni istna epidemia. Uważajcie na siebie.

Grypa

No więc dopadła mnie grypa. A jakże… Musiałam odwołać wizytę u dentysty i u fryzjera, a dziewczyny wybrały się beze mnie na „Sztukę kochania”… W zasadzie najbardziej żałuję tego filmu, bo podobno jest świetny. Za to odwołania wizyty u dentysty żałować nie będę, choć wiem, że co się odwlecze, to…

Cieknie mi z nosa, boli mnie głowa i łzawią oczy. Czytam każde zdanie po kilka razy, bo jakoś się nie mogę skupić. Tragedia. Kończę, zanim napiszę jakieś niezrozumiałe, nieczytelne bzdury…

Życzę wszystkim dużo zdrowia.

Wyprzedaże

Tak, wiem, wyprzedaże to naciąganie itd. itd. itd., ale i tak je lubię. Zresztą wygląda na to, że nie tylko ja, a może to ta pogoda, w czasie której ludzie nie wiedzą co ze sobą zrobić, a w domach nie chce im się siedzieć… hmm… W każdym bądź razie coś sprawiło, że nasza (z koleżankami) weekendowa wyprawa do galerii rozpoczęła się od koszmaru ze znalezieniem miejsca do zaparkowania. Zanim udało nam się stanąć, zrobiłyśmy kilka kółek po parkingu podziemnym, kilka po nadziemnym, a w końcu zaparkowałyśmy jakieś 200 m od galerii, na parkingu przy mało uczęszczanym sklepie. Zresztą kasy w zasadzie nie wydałam, bo kilka osób podarowało mi pod choinkę karty podarunkowe. Może to i mało subtelny prezent, ale ma ten plus, że można sobie wybrać to co się naprawdę podoba, nie ryzykując rzeczy, które wrzuci się do szafy czy szafki i pozostaną tam do sądnego dnia. No więc, zaszalałam nabywając sporo nowych rzeczy, choć przyznam szczerze, że zapewne gdybym poczekała jeszcze z 3 tygodnie, to pewnie trafiłabym na większe przeceny. Ale radość jest 🙂 Jednak mimo wszystko zakupy potrafią dostarczyć sporą dawkę endorfin 😉