No i dopadło mnie malowanie

No więc dopadło mnie malowanie. I to malowanie w dwóch pokojach. W jednym na przyjazne kolory – jaśniutki szary i ciemny granat dla kontrastu. Drugiego pokoju nie mogę przeboleć i się za niego zabrać (jako pomocnik, ale znaczący 😉 ). Wybrane kolory to lody waniliowe i ciemna czerwień. Takie dojrzałe czereśnie.

Lubię czerwone ciuchy, lubię czerwony lakier do paznokci, czerwone czereśnie, truskawki, dodatki na Święta Bożego Narodzenia, ale ściany nie mogę przeboleć. Obawiam się, że nikt się nie będzie dobrze czuł w tym pokoju i trzeba go będzie szybko przemalować. Ale cóż zrobić? Jak nie pomalujemy, to pozostanie niewiadoma, więc pewnie lepiej mieć to już za sobą. Ech, nawet pisać się nie chce…

Piękny czerwiec przed końcem roku szkolnego

W końcu mamy piękny czerwiec. Słoneczny i ciepły – w nocy, w dzień nawet upalny. Ptaki śpiewają, liście drzew szumią na wietrze. Przyjemnie posiedzieć na ogrodzie, zwłaszcza wieczorami.

Wczoraj wybrałam się na rower. Było już dość późno, a ja zapędziłam się daleko od domu. Myślałam, że będę wracać po ciemku, ale nie – czerwcowy dzień okazał się przyjazny gapom. O 21:30 było jeszcze bardzo przyzwoicie. Ech, żeby tak było przez cały rok… To by człowiek poszalał, z przyjemnością położył się później i z przyjemnością wstał wcześniej obudzony promieniami słońca.

A już za tydzień koniec roku szkolnego. W tym roku dzieciaki będą miały wyjątkowo długie wakacje. Fartło im się jak… hmmm nie pamiętam kiedy. A ja już słyszę prośby dotyczące zmiany koloru ściany. W sumie nie mam nic przeciwko, nie mój pokój i nie ja będę malowała tym razem. Trzeba by tylko wybrać się po farby, gładzie do załatania dziur, wałki, folię ochronną i nową lampę.

Moje dziecko ma ostatnio nowe hobby. Zbiera kamienie, przecina je i oszlifowuje. Całkiem fajne rzeczy później z tego robi, poza „wystawkami” oczywiście. Muszę mu tylko kupić jakieś porządniejsze okulary ochronne i zamówić narzędzia diamentowe, bo do tej pory miał niewielki asortyment. Rodzice przyzwyczajeni do jego słomianego zapału nie chcieli porywać się od razu na większe zakupy.

A jak już zrobił się taki stały w trzymaniu się swojego hobby, to może wróci do grania na gitarze… Kiedyś najchętniej zamówiłby kilka, bo „każda ma inne brzmienie”. Skończyło się na dwóch, które z czasem zawisły na ścianie i się kurzą…

Poza tym mamy apetyczny, celebrowany u nas sezon truskawkowy, szparagowy i czereśniowy. Właściwie od teraz aż do później jesieni będzie pysznie. Wypadałoby jeszcze tylko życzyć sobie, żeby rolnicy nie sypali tyle chemii do upraw. Byłoby nie tylko smacznie, ale ponadto zdrowo. Ech, póki co to tylko marzenia. Jakoś zawsze im się upiecze, mimo że wszyscy trąbią o tym jakie mamy skażone rolnictwo. Mam nadzieję, że w końcu ktoś się obudzi.

Artykuł z linkiem promocyjnym.

Czerwcowo

Witam czerwcowo. No i znowu przytrafiła się długa przerwa. Niestety nie jest łatwo znaleźć wolną chwilę wśród pracy i zajęć dodatkowych, zwłaszcza, że tych ciągle przybywa. Jakiś czas temu zapisałam się na jedne zajęcia. Poznałam nie tylko nowe tematy, ale i nowych ludzi, którzy – z racji zainteresowań, zawodu lub konieczności – uczestniczą też w innych zajęciach. No i otworzył się przede mną „świat” dodatkowych kursów. Bo czemu nie? Dopóki na świecie robiło się szybko ciemno, było zimno, deszczowo lub śnieżnie, było bardzo fajnie i autentycznie mi się chciało. Teraz słońce i zieleń kuszą, aby spędzać czas w plenerze, a nie w budynkach na zajęciach. No, ale większość z nich kończy się wkrótce, więc jak to uczeń, będę miała wakacje 😀

Znalazłam także czas na ogarnięcie ogródka, w którym się pięknie zazieleniło i zakwitło, więc wybornie się na nim siedzi, kiedy człowiek może się rozłożyć na leżaku. Zasadziłam kilka pomidorków, ogórków, trochę fasolki, szczawiu, buraczków i ziół. Na resztę zabrakło na razie czasu, albo ochoty. W zasadzie to chyba bardziej ochoty. Z 3 zimnych ogrodników zrobiło się w tym roku 33… Nie chciało się z domu wychodzić. Co innego teraz.

Urlop mam ustalony. Wyjazd zarezerwowany i opłacony. Będzie pięknie. Ja to wiem 🙂

W nie tak już nowym roku

To mój pierwszy wpis w nie tak już nowym roku… Mimo, że nadal trwa karnawał, mamy już prawie połowę lutego. A to oznacza, że – procentowo biorąc – upłynęła już nam spora część roku. Podczas gdy jedni świętują zajadając się tradycyjnymi i dość tłustymi deserami np. pączkami czy faworkami, inni – ze względu na postanowienia noworoczne, albo na coraz cieplejsze dni i zbliżającą się wiosnę – ostro wzięli się za ćwiczenia. Co się przekłada na tłumy na basenach i na siłowniach. A może to po prostu moda… Panie zauważyły, że kosmetyczka to nie wszystko, a panowie, że z dużym brzuszkiem przy szczupłych paniach nie wygląda się dobrze 😉

Zaktualizowałam wordpressa i pojawiły mi się jakieś wpisy blokowe… Ciekawa jestem jak to będzie wyglądało po opublikowaniu… Czy rzeczywiści inaczej, czy tylko na etapie edycji. Na pewno wypróbuję przy okazji wstawianie nagłówków i dodawanie zdjęć 🙂 A co, wrzucę coś zimowego, w końcu jeszcze miesiąc i tydzień zimy zostało. Może więcej, w końcu lubi zaskakiwać też wiosną i to wcale nie wczesną.

Jasne, niejasne tytuły

A tak na marginesie chciałabym wspomnieć, że nie lubię kiedy tytuły się powtarzają. Bywa tak zarówno w filmach, jak i w książkach. Rozumiem, że ilość słów jest ograniczona a tytuł musi/powinien/dobrze by było gdyby nawiązywał do treści, ale można w ten sposób otrzymać „niespodziankę”. Zwłaszcza gdy zamawiało się coś jako prezent. Lepiej radzą sobie z tym sprzedawcy doprecyzowując nazwy produktów niż „artyści” i artyści.

No jeszcze test fotki. Będzie to zdjęcie zrobione w Karkonoszach na Śnieżnych Kotłach. Polecam 🙂 Bardzo widowiskowe miejsce o każdej porze roku.

Śnieżne Kotły

Nadal ciepło

Nadal ciepło, choć akurat dziś rano powietrze było całkiem rześkie 🙂 Para leciała z ust. Trzeba było też oskrobać szyby samochodów zaparkowanych w cieniu. Teraz już jednak jest przyjemnie. To pewnie ostatni taki dzień tej długiej i ciepłej jesieni, w czasie której człowiek nie mógł się nadziwić patrząc w kalendarz ile jest stopni na zewnątrz. I jak szybko robi się już ciemno.

Jednakże wszystkie prognozy pogody jakie przeglądam oznajmiają duże ochłodzenie i to zarówno w dzień, jak i w nocy, więc chyba koniec sielanki. Wypada mieć tylko nadzieję, że szybko nadejdzie wiosna, bo społeczeństwo zrobiło się bardzo ciepłolubne. W sumie ja też…

Miało być trochę letnich wspomnień, więc niech będzie. W tym roku pospacerowaliśmy sobie trochę po górach. Wzięliśmy na warsztat Góry Izerskie, ze względu na to, że nigdy tam wcześniej nie byliśmy. Zwykle ograniczaliśmy się do Szklarskiej Poręby i ani kawałka dalej. A tu proszę, dalej na zachód mamy piękne, porośnięte głównie świerkami, góry. Bardzo przyjemnie się po nich chodzi, bo wspinać się nie trzeba. Są położone wysoko, dlatego nie mają tak dużych wysokości względnych.

Weszliśmy nawet bez problemów na Wysoką Kopę, która niby ma ponad 1000 metrów, ale zupełnie się tego nie odczuwa. Bardzo fajna okolica. Pospacerowaliśmy również trochę po czeskiej stronie. Zwiedziliśmy Harrachov. Znaleźliśmy tam bardzo przyjemną knajpkę, z przepysznym menu i przemiłą obsługą, więc wszelkie zastrzeżenia o niezbyt miłym przyjmowaniu Polaków w Czechach wrzucam miedzy moje prywatne karty mitów.

Chyba częściej będziemy się wybierać w góry, bo bardzo nam wszystkim się tam spodobało. Zwłaszcza w te mniej oblegane góry, gdzie na szlakach nie trzeba przepychać się między turystami. Tak właśnie było w Izerach. I tak było w odwiedzanych już wcześniej Bieszczadach, choć tam akurat nie na wszystkich szlakach. Niektóre, uważane za sztampowe, rzeczywiście są dość zatłoczone.

Góry mają jeszcze tę przewagę nad morzem, że można się w nie wybrać także zimą 🙂 Więc tym lepiej, że wszystkim przypadły do gustu.

Jak wyglądało tegoroczne lato

Dziś będzie trochę o tym, jak wyglądało tegoroczne lato. No cóż, po doświadczeniach ostatnich lat należałoby zapamiętać, a jak ktoś ma problem z pamięcią, to zanotować, żeby nie brać urlopu w lipcu. Chyba, że się człek wybiera za granicę. U nas od ładnych paru lat lipce są kapryśne, deszczowe, burzowe i po prostu chłodne. Co innego sierpnie. Tak, te nadają się na urlopowanie zarówno nad morzem, jak i jeziorem czy w górach. Fakt, że dzień robi się wtedy coraz krótszy, ale jeszcze nie na tyle, żeby bolało. Da się bezstresowo wypocząć. Zwłaszcza w kraju, bo w bardziej na południu kontynentu – za ciepło. Przynajmniej jak dla mnie.

W taką pogodę na wagę złota może okazać się basen na ogrodzie, bo miło jest pomoczyć się trochę, gdy na dworze temperatura przekracza 35 stopni C. I to przez wiele dni z rzędu. Pamiętam jak w sierpniu, wracając z przejażdżki rowerowej spotkałam sąsiada spacerującego z gromadką piesków, który narzekał, że nie da się już wytrzymać ani ludziom, ani zwierzętom. Fakt, zwłaszcza, gdy upały trwają tak długo i budynek jest już do tego stopnia nagrzany, że nawet nocne ochłodzenie nie jest w stanie obniżyć w nim temperatury.

W rekompensacie za sierpniowe upały mogliśmy się cieszyć prawdziwym, polskim latem we wrześniu i właściwie aż do teraz. Uwielbiam temperatury pomiędzy 20 a 25 stopni. Najlepiej się wtedy czuję. Oby taka pogoda potrwała jak najdłużej. Może przedłuży żywotność drzewom i innym roślinom przesuszonym latem, na skutek czego opadające suche liście walały mi się po ogrodzie od lipca. Teraz opadają przynajmniej zgodnie z planem 😉 No może prawie, bo pospadało też sporo gałęzi, połamanych przez wichury.

Dobrze, że chociaż huraganowe szkody ograniczyły się u nas tylko do połamanych gałęzi i gałązek. Nikomu nic się nie stało ani „osobowo”, ani „majątkowo”. Wszyscy zdążyli zabezpieczyć rzeczy na balkonach i tarasach, żadne ciężkie przedmioty nie latały w powietrzu. W zasadzie latała tylko odzież pozostawiona na balkonie i nie poprzypinana przez robotników ze wschodu, którzy mieszkają w pobliskim budynku.

No to relację pogodową sobie już nadrobiłam. W kolejnym wpisie będę mogła ograniczyć się to ciekawostek, które mi się przydarzyły latem 🙂

I tylko możemy sobie pośpiewać

I tylko możemy sobie pośpiewać dla poprawienia humoru, bo pogoda nas nie rozpieszcza, a przecież miało być ciepłe, słoneczne lato, żebyśmy mogli naładować akumulatory przed całoroczną aktywnością… A tymczasem możemy tylko pośpiewać… Może być coś znanego albo wymyślonego. Może coś w stylu:

Pada i pada,
chlapie i chlapie,
czego naprawdę mi żal?
Może i lata,
bo kiedy minie,
ja będę tonąć we łzach 🙂

Karkonoskie szlaki

Karkonoskie szlaki to moje ostatnie odkrycie. Oczywiście w Karkonoszach bywałam już w przeszłości, ale tak jakoś bez wielkiego zapału. Teraz dopiero odkryłam piękno tych gór i wyjątkowych szlaków. A jest ich sporo i trudno nacieszyć oczy jednorazową wyprawą. Jedne są trudniejsze, inne łatwiejsze.

Co więcej, mnóstwo szklaków nadaje się idealnie na jednodniową wycieczkę. Jest to więc doskonały pomysł na spędzenie choć jednego aktywnego weekendowego dnia. Ponieważ szlaki są kamieniste, odradzam wybór dnia deszczowego czy dżdżystego, bo może być niebezpiecznie i boleśnie. Doradzam też wygodne buty z nieśliską, twardą podeszwą.

Chodząc karkonoskimi trasami trafiamy często do krainy, w której można by nakręcić niejeden film w stylu „Opowieści z Narnii”, czy „Władcy pierścieni”. Ale też mniej fantastyczna, a bardziej obyczajowa czy podróżnicza tematyka byłaby ok. Kamieniste ścieżki, drewniane kładki ciągnące się wśród iglastych lasów i terenów porośniętych jagodziskami, kosodrzewiną i polnymi kwiatami, wśród których znajdziemy zbielałe od słońca pnie suchych drzew robią wrażenie. Te suche drzewa, także charakterystyczne dla Karkonoszy to pozostałość po konkretnym zanieczyszczeniu środowiska sprzed kilkudziesięciu lat.

Na Karkonosze można się „nabrać”. Na zdjęciach wyglądają dość niepozornie. Nazwy szlaków brzmią pięknie. Linie izomeryczne raczej nie są ściśnięte, więc wydaje się, że górki są łatwe do przejścia. Trudno też znaleźć zdjęcia ze szlaków pozwalające niedoświadczonemu turyście ocenić trudność tras, dlatego też na bardzo kamienistych, trudnych do przejścia odcinkach można spotkać rodziny z małymi, płaczącymi dziećmi, które nie mogą poradzić sobie z trasą. Przyjemne są też odcinki prowadzące grzbietami szczytów.

Jestem odnajdywana, ale…

Już wiem, że mój blog, po zmianie adresu można znaleźć. A wiem to stąd, że przychodzi mi na niego mega dużo spamu pozostawianego w komentarzach. Takiego spamu z prawdziwego zdarzenia, z ogromną ilością linków, czasem jakimś wiele tysięcy razy wklejanym jednym tekstem (zatem nie na temat), a czasem bez niego. Wypadałoby napisać  wszystkim wysyłającym, że nic z tego.  Wszelkie komentarze muszą być przeze mnie zaakceptowane zanim się pojawią na blogu, ale co to da… Główni zainteresowani (w rzeczywistości niezainteresowani) przecież tego nie przeczytają. Oni do czytelników nie należą, zresztą nawet nie znają języka, bo spamują po rosyjsku i angielsku. Czasem arabsku…

Ciekawe czy blog odwiedzają choć od czasu do czasu jacyś onetowi czytelnicy… No nic, dowiem się jak któryś z nich napisze coś w komentarzu 🙂

A na razie nadal męczę się z brakiem weny. Bo co prawda pogoda piękna i zbliża się majówka, więc ogólnie wieje optymizmem, o którym można by napisać, ale ileż można pisać o pogodzie. Ponoć to temat zastępczy dla nieznajomych… Może być też oznaką zramolenia, więc na razie będę go unikać.

Natomiast o majówce na razie cicho sza, bo jeszcze nie wiadomo jaka będzie pogoda, więc nie zapeszajmy… 🙂