Wilgoć

Myślałam, że chociaż grudzień w tym dziwnym roku już mnie nie zaskoczy, że będzie spokojnie zmierzał ku świętom i Nowemu Rokowi. Ale nie. Przy okazji robienia przedświątecznych porządków (tak, zaczęłam znacznie wcześniej nauczona doświadczeniami poprzednich lat), zauważyłam wilgoć na jednej z zewnętrznych ścian. Kurcze! Jeszcze tego mi brakowało… Mam nadzieję, że to efekt rzadkiego wietrzenia mieszkania w ostatnim czasie (często wyjeżdżamy), a nie coś trudniejszego do usunięcia.

Na razie potraktowałam czarne wykwity domestosem i starłam szmatką. Postanowiłam zainwestować także w osuszacze powietrza. Oby to przyniosło efekt. W przeciwnym razie czekają mnie kolejne wydatki i jak to z remontami bywa, pewnie nie małe. No i mnóstwo bałaganu i kłopotów.

Wcześniej zabrałam się także za zakupy prezentów. Tego też nie chcę zostawiać na ostatnią chwilę. Grunt to spokój.

Stwierdzam, że bardzo krótkie było ostatnie lato, albo jaśniej – mało było ciepłych, przyjemnych dni. Może przez wiosenne zamknięcie mam takie odczucia, a może przez dużą ilość deszczowych dni w lipcu i w ogóle szybkie nastanie jesieni. Z jednej strony bardzo szybko zleciał ten rok, a z drugiej wlókł się. Pewnie wszystkie życzenia świąteczne i noworoczne będą krążyły w tym roku ku lepszemu 2021… Żeby się sprawdziły…

Trzeba kończyć i włączyć sobie jakiś przyjemny film na poprawę humoru. Wykończy nas ta izolacja…

Ale to już było

Chciałoby się zaśpiewać: „ale to już było i nie wróci więcej” mając na myśli lockdown. Niestety nie wiadomo czy nie wróci. Po wakacyjnym odprężeniu, kiedy to dozwolone było niemal wszystko i tylko w zatłoczonych miejscach należało nosić maseczki i dezynfekować ręce, mamy wzrost zakażeń.

Dzieje się tak w całej Europie, zwłaszcza po wakacyjnych powrotach do szkół i pracy. U nas nasili się jeszcze przez protesty przeciwko wyrokowi TK w sprawie aborcji. Wiadomo było, że TK – jeśli w ogóle mógłby się zająć sprawą – to powinien to uczynić po pandemii. Ale ktoś postanowił inaczej i jest to jego/ich osobista odpowiedzialność za wzrost zakażeń.

Szykuje nam się więc kolejne zamknięcie w domach i to być może już od jutra. Przynajmniej takie chodzą słuchy wśród opozycji. Sic! O ile rozumiem, że służba zdrowia jest przeciążona, o tyle nie rozumiem bezmyślnego zamykania wszystkiego. Zamiast ograniczać ruch w miejscach, w których może dojść do zakażeń, zapewne ograniczą każdą aktywność, nawet tą, w której ryzyko zakażenia wynosi 0%, np. spacery czy jazdę na rowerze w odludnych miejscach, jak to już było.

Ludzie są zmęczeni, tym bardziej, że nie wiadomo kiedy epidemia się skończy. Jeśli nawet rządzący zakładają, że skończy się wraz ze szczepieniami, to może się okazać, że jednak nie. Bo jak zmusić wszystkich do szczepień i to w sytuacji, gdy szczepionki są przygotowywane „na szybko” i nie są testowane latami, tak jak dotychczas? Sterroryzują naród i będą szczepić na siłę?

Poza tym problemem jest nie tylko dostanie się do lekarza rodzinnego (nadal mamy tylko teleporady), ale także zawieszone są planowe operacje, poza koniecznymi. Dobrze, że działają jeszcze dentyści, bo jak tak dalej to będzie wyglądało, to wszyscy byśmy sobie musieli zafundować protezy lub inplanty. Protezy Kołobrzeg

I do tego nie można się wyżyć na siłowni, bo zamknięta… I chyba szybko nie otworzą… A mogli przecież wprowadzić ograniczenia ilościowe – podobnie jak w kościłach. Nic nie stało na przeszkodzie. Może poza dobrą wolą. Tej zabrakło. Żyjemy w ciekawych czasach…

Artykuł z linkiem promocyjnym.

Koronawirus – 3 tygodnie później

3 tygodnie po poprzednim wpisie, w związku z pandemią koronawirusa, mamy dalsze zaostrzenia – możliwość wychodzenia z domu tylko w pojedynkę, zamknięte hotele, pensjonaty, zakaz uprawiania sportów na dworze (nawet w pojedynkę), zakaz siedzenia we własnym aucie, mycia go, zmieniania opon, zakaz jazdy „bez celu”, zakaz wstępu do parków, lasów, itd.

Mnożą nam się sytuacje kuriozalne, w których ludzie dostają horrendalne kary (od sanepidu, ale też mandaty od policjantów) za rzeczy, w których nie narażali nikogo na niebezpieczeństwo, ale złamali jakieś tam zakazy, np jeździli na rowerze po wałach nad Odrą. Taka przyjemność kosztowała ich 12 tys.zł !!!

Oczywiście można mieć uzasadnione wątpliwości co do skuteczności tych obostrzeń i nakładanych kar. W końcu nie wprowadzono żadnego stanu nadzwyczajnego, który uzasadniałby unieruchomienie ludzi w domach i wysokość sankcji, które w tym kontekście są niezgodne z Konstytucją, ale i tak lepiej unikać stresów.

Już dawno nie widziałam tylu ludzi w swoich domach w święta. Zwykle osiedla świecą wtedy pustkami i są idealnym miejscem dla złodziei. Teraz wszyscy zostali w domach. Niektórzy wspólnie koncertują na ogródkach i balkonach…

Od 16 kwietnia będziemy mieli obowiązek chodzenia w maseczkach. Oj, będzie ciężko, jak się zrobi ciepło. Już widzę te omdlenia w sklepach. Strasznie ciężko przez to oddychać.

A statystyki mamy gorsze niż 3 tygodnie temu. Na dziś mamy: 7049 zakażonych, 251 zmarłych, ale też 618 wyzdrowiałych. Niestety z Chin docierają informacje o nawrotach choroby u niektórych „ozdrowieńców”, więc i tak te osoby muszą uważać. Wygląda na to, że ten wirus gdzieś siedzi w organizmie, tylko się kamufluje…

Przykra ciekawostka – ok. 30 procent zakażonych, to osoby, które zaraziły się w placówkach służby zdrowia, głównie w szpitalach: personel medyczny i pacjenci.

Koronawirus sieje też panikę na giełdach i w firmach, wywołując mega kryzys gospodarczy…

Nadrabiam lutowe zaległości

Nadrabiając zaległości za luty (tzn. za brak wpisu w lutym), postanowiłam wrzucić drugi w marcu. Zresztą co tu robić. Siedzimy w domu. Co się da zrobić przez internet to robimy, a co się nie da, to leży odłogiem.

Niby powinno być więcej czasu, ale przez dłuższe spanie i snucie się, jakoś tak go nie ma. W moim przypadku w stu procentach sprawdza się zasada, że czym mniej czasu, tym więcej człowiek jest w stanie zrobić. Kiedy mam go potencjalnie więcej, ucieka gdzieś między palcami, marnuje się na mikro – czynności. A wieczorem człowiek dopiero się reflektuje jak niewiele zrobił i aż się nadziwić nie może, że uciekł kolejny dzień życia, który można było lepiej spędzić…

Ach, zapomniałam napisać, że te problemy związane z wykonywaniem standardowych czynności są spowodowane koronawirusem i związanym z nim zakazem wychodzenia z domu, zamkniętymi galeriami, brakiem drożdży 😉 i innymi niedogodnościami. Teraz to oczywiste, ale kiedy będę czytać ten artykuł za kilka lat, to będę się zastanawiać: ale o co mi chodziło?

No więc bawiąc się w kronikarza na chwilę obecną jest tak:
– 957 osób w kraju ma potwierdzonego koronowirusa,
– 13 osób zmarło na wywołaną przez niego chorobę – COVID-19,
– mamy zamknięte galerie, poza sklepami spożywczymi i kosmetycznymi,
– istnieje szereg ograniczeń dotyczących robienia zakupów i odległości między klientami i personelem,
– praktycznie mamy zamknięte kościoły (może w nich przebywać do 5 wiernych),
– mamy zakaz zgromadzeń powyżej 2 osób (nie dotyczy rodziny),
– zamknięte szkoły i uniwersytety, lekcje są prowadzone on-line,
– wiele szpitali „przerobiono” na zakaźne, ale jest problem z zabezpieczeniem personelu medycznego z uwagi na brak kombinezonów, maseczek, itd.,
– mamy kontrole na granicach, z zakazem wjazdu włącznie,
– zasadniczo mamy siedzieć w domach, poza sytuacjami, w których koniecznie trzeba wyjść..

Wiemy też, że to dopiero początek i że będzie gorzej. Problem z zakupami nie dotyczy tylko drożdży, ale także maseczek i płynów do dezynfekcji.

Mamy też coś, co ludzi wkurza bardziej niż przymusowa kwarantanna – 10 maja mają się odbyć wybory prezydenckie, których decydenci nie chcą przełożyć, gdyż obecnie w mediach pojawia się praktycznie tylko jeden kandydat – PAD.

Znaczy zrobiła nam się taka mała apokalipsa… A wszystko po to, żeby uniknąć sytuacji we Włoszech czy w Hiszpanii, gdzie ludzie umierają setkami…

Przerwany porządek

Obiecałam sobie robić przynajmniej jeden wpis w miesiącu… Przecież to tak niewiele. Niestety w lutym zagapiłam się i przerwałam porządek 🙁 Mogę to zwalić na krótszy miesiąc, chociaż ze względu na przestępny rok, dłuższy niż zazwyczaj, można było ten nadprogramowy, jak niektórzy twierdzą – darmowy – dzień przeznaczyć na uzupełnienie bloga… Ale „poszedł” na rozrywkę 😉

A rozrywka stała się dla mnie ostatnio bardzo istotna. Zima coraz częściej przypomina późną jesień lub przedwiośnie. W dodatku takie rozkapryszone. Ciemności spowodowane krótkim dniem, szarówka spowodowana zachmurzeniem i opadami, szum wiatru i ogólnie to wszystko co sprawia, że mówimy, że dzień „jest nieprzyjemny”, jakoś depresyjnie na mnie działają.

Potrzebuję większej aktywności. Więcej słońca. Więcej relaksu przy muzyce i przyjemnych rozmowach. Kiedy więc mam do wyboru napisanie posta, albo wyskoczenie z koleżankami do pubu, albo klubu na jakiś koncert, wpis schodzi na dalszy plan. Podobnie jak wszelkie nie-tak-obowiązkowe obowiązki.

Ostatecznie nie żyje się po to, żeby ciągle coś ogarniać. Trzeba też czasem pożyć trochę, nacieszyć się przyjemnościami, towarzystwem innych 🙂

To tyle odnośnie przydługiego wstępu. Na tyle długiego, że chyba odniosę się do niego w tytule… A tak poza tym to miało być o naprawianiu sprzętu. Żyjemy w świecie „wyrzuć stare – kup nowe”. Coraz częściej, kiedy pojawią się problemy czy trudne sytuacje, stosujemy tę zasadę także do partnerów i znajomych.

W reklamach jesteśmy przekonywani, że ciągle potrzebujemy coraz to nowszych modeli. Co więcej, części do starych stają się na tyle drogie, że nie opłaca się ich naprawiać. No i same usługi związane z naprawami stają się „dość ekskluzywne”. To sprawia, że naprawiamy wyłącznie rzeczy do których mamy sentyment, jakieś wyjątkowe prezenty, itp.

A ja staram się iść naprzeciw tym tendencją. Co mogę, naprawiam sama, a co nie mogę, szukam małych zakładów, panów reklamujących się jako „złota rączka” itp.zjawisk, które do niedawna były normalką, ale już nie są. Właśnie teraz szukam kogoś takiego do naprawy odtwarzacza CD. I wiecie co? Wierzę, że znajdę i że sprzęt posłuży mi jeszcze wiele lat, zamiast zalegać na śmietniku 🙂 I to także mogę potraktować jako przerwany porządek, w obecnym trendzie.

Wieloznaczność wyrazów

Język cały czas się zmienia, ewoluuje, żyje. Odnoszę jednak wrażenie, że w ostatnim czasie nowe „twory” językowe są mało kreatywne. Albo mamy zapożyczenia z języków obcych, głównie z angielskiego (co tu kryć), spolszczone lub nie, albo wymyślamy nowe znaczenia dla tych samych słów. Rzadko kiedy pojawiają się słowa nowe, które możemy uznać za stricte polskie.

I dawniej tak bywało, że do polszczyzny przedostało się sporo słów „obcych”. Co prawda kiedyś były one bardziej zróżnicowane, jeśli chodzi o kraje pochodzenia. Mamy przecież sporo słów pochodzenia niemieckiego, rosyjskiego, francuskiego, łacińskiego czy arabskiego.

Co więcej, są słowa, które zmieniają swoje znaczenie, ładunek emocjonalny. Przechodząc do konkretów można wskazać na słowo „tolerancja”, „tolerować”. O ile kiedyś było postrzegane głównie negatywnie, zwłaszcza w rozpowszechnionym znaczeniu: „nie będę tego tolerować”, dziś dotyczy raczej pozytywnych aspektów zrozumienia dla innych ludzi, kultur, zachowań, zwyczajów, poglądów, postaw itd.

Klasyką jest rozbudowywanie znaczeń dla słowa „zamek”. To już nie tylko zamek – w znaczeniu budynku i nie tylko zamek błyskawiczny, czy rozumiany jako część broni, ale także stomatologiczny (w aparatach korekcyjnych).

Także słowo „tłumaczenia” można rozumieć wieloznacznie i z różnym ładunkiem emocjonalnym, w zależności od kontekstu czy intonacji głosu wypowiadającego zdanie. Mogą być tłumaczenia tekstów/mowy na języki obce np. tłumaczenia na angielski. Ale można także tłumaczyć jakąś lekcję czy zadanie, tak aby było ono zrozumiałe, można tłumaczyć jak dotrzeć w jakieś miejsce. Można też mieć dość tłumaczenia się.

Innym ciekawym przykładem jest słowo „dieta”. Dlaczego ciekawym? Bo słowo to w najczęstszym znaczeniu oznacza sposób odżywiania; każdy sposób odżywiania. Śmiesznie więc brzmi mi dość często słyszane zdanie, że ktoś tam nigdy nie był na diecie. Co prawda, nie przeczę, że w potocznym rozumieniu przytacza się określone sposoby odżywiania. Ale też zwykle z doprecyzowaniem np. dieta kubełkowa, proteinowa, 1000-ca kalorii, itp. Dlatego niektóre osoby twierdzą, że są na diecie. Zwykle odpowiadam: jak wszyscy. Dieta jednak to także sposób wynagrodzenia pracowników w delegacji i wybrańców narodu 😉

Wieloznacznym słowem jest także „kajak”. To nie tylko mała łódka, ale także wielkie (rozmiarowo) buty 😉 I tak dalej….

Miały być życzenia, więc będą

Miały być życzenia, więc będą. Co prawda myślałam, że zdążę je złożyć przed Bożym Narodzeniem, ale przez nadmiar obowiązków nie udało się. Na szczęście mamy jeszcze Nowy Rok, który jest okazją do życzeń długoterminowych a nie tylko dwudniowych, czyli tradycyjnych: wesołych Świąt.

Życzę więc Wam szczęśliwego 2020 roku, dużo zdrowia, radości, spełnienia tych marzeń, które wyjdą Wam na dobre, realizacji postanowień noworocznych w perspektywie dłuższej niż kilka dni. Życzę jak najwięcej czasu spędzonego w realu i jak najmniej w necie. Życzę, żebyście nie hejtowali i nie stali się przedmiotem hejtu. Niech Wam się szczęści 🙂

Mamy już za sobą listopadową i grudniową szarzyznę. Przepowiadają nam śnieg, więc świat choć przez chwilę będzie wyglądał bajkowo i pięknie. Przynajmniej dla tych, którzy lubią tę bajkę 😉 Ale mamy też już za sobą najkrótszy dzień roku. Już sam ten fakt napawa to optymizmem. Teraz wystarczy tylko z takim wielkim uśmiechem, podejść do obowiązków i na pewno życie będzie piękniejsze 😉

A, no i oczywiście życzę również szampańskiej zabawy na Sylwestra. Każdy zasługuje na trochę luzu. Zafundujcie go sobie 😉

Lepszego 2020 od 2019!!! 🙂

Jak przetrwać listopad?

Jeszcze niedawno cieszyłam się perspektywą dwóch długich weekendów, a dziś mogę tylko powiedzieć: „święta, święta i po świętach”. Trzeba jakoś przetrwać w tej szarówce do Bożego Narodzenia, co niewątpliwie urozmaici i przyspieszy bieganie po sklepach, żeby kupić prezenty mikołajkowe, a później pod choinkę. Później będzie Sylwester, a później już z górki, oby do wiosny. Nie lubię listopada. Działa na mnie strasznie depresyjnie. Trzeba jednak znaleźć sposób jak przetrwać listopad.

Sprawy nie ułatwia także święto narodowe, którego nadal nie potrafimy należycie obchodzić. Nawet jak się dobrze zacznie, to znajdzie się grupa, która je rozwali. Tak jak w tym roku we Wrocławiu. Powinni zdelegalizować sprzedaż i używanie rac. Trucie społeczeństwa, przy zaproszeniach w stylu: będzie spokojnie, przyjdźcie całymi rodzinami. Dziękuję bardzo. Aż żal ludzi mieszkających w na drodze takich marszów.

Zatem: jak przetrwać listopad? Uważam, że to miesiąc, w którym należy bardziej niż zwykle o siebie zadbać. Raz, że jest strasznie chorobogenny. Co chwilę słyszę, że ktoś tam ze znajomych i rodziny jest co najmniej przeziębiony. Dwa, że ponury – więc sprzyjający, jeśli nie depresji, to przynajmniej chandrze, osowieniu, spadkowi humoru i ogólnemu nicnierobieniu.

Dlatego ważne jest sprawianie sobie mniejszych i większych przyjemności oraz aktywność fizyczna, nawet jak się nie chce. Te mniejsze i większe przyjemności to np. zdrowe, ale pyszne jedzonko. Proponuję coś aromatycznego i z charakterem. Jeśli ktoś lubi to może być coś ostrego. Takie dania świetnie poprawiają trawienie, ale także pobudzają. Z powodzeniem można więc dodać do gulaszu papryczkę chili albo jakiś ostry sos np. sambal, pamiętając jednak, że jest on dość słony, więc należy skorygować inne przyprawy.

Nie powinny się także negatywnie odbić na naszej figurze drobne grzeszki w postaci kawałka domowego ciasta, czy kilku kostek czekolady, zjedzonych z przyjemnością, bez wyrzutów sumienia. Albo jakaś dobra kawa wypita w kawiarni w gronie koleżanek, podczas przedświątecznych zakupów. A wieczorem cuda może zdziałać pyszna, gorąca herbata z cytryną lub pomarańczą, goździkami, cynamonem, kardamonem i miodem.

Warto także spędzać czas na świeżym powietrzu, z dala od smogu miast i wsi. Pamiętając, że nie ma złej pogody, przy takim wachlarzu ofert odzieży na każdą pogodę.

Dobra, kończę, bo zaczynam się wymądrzać 😉

Frekwencja w wyborach

Wynik wyborów jest mniej – więcej taki jak przewidywały sondaże, czyli partia rządząca się nie zmienia, a opozycja modyfikuje. Partia rządząca się nie zmienia, bo ma stały program i wystarczającą ilość stałych wyborców. Gorzej z opozycją.

Jak dla mnie jest to coś „fenomenalnego”, że partia kreująca się na przedstawicieli „inteligencji” złożona w znacznej mierze z ekspertów – prawników, ekonomistów, itd. mająca doświadczenie w rządzeniu, nie jest w stanie sklecić żadnego zachęcającego programu wyborczego… Słyszymy tylko hasła: albo my, albo PiS. Żenada. No więc wyborcy miotają się od partii A do partii B, próbując wybrać „mniejsze zło”. A skutek jest kiepski, bo jaki ma być.

Za to wszystkie partie trąbią o wielkim sukcesie związanym z wysoką frekwencją. Sorry, byłby to sukces w krajach Europy Zachodniej, ale nie u nas. Polacy są narodem leniwym, niechętnie chodzącym na wybory, jeśli nic ich nie „uwiera”. Do tego w niedzielę była pogoda zachęcająca do wyjazdu w plener, a nie biegania do lokali wyborczych. A mimo to w wielu okręgach frekwencja przekroczyła 80%… Moim zdaniem to nie efekt świadomości i odpowiedzialności obywatelskiej, lecz strachu i nienawiści; strachu przed zmianami, albo przed kontynuacją dotychczasowej polityki – w zależności od poglądów, i nienawiści do przeciwników politycznych. To pokazuje skalę szczucia w telewizji i internecie, i w sumie jest antyzasługą wszystkich partii.

Więc abstahując od abstrakcyjnego pojęcia „polityki”, którą w końcu tworzą ludzie i przechodząc do tych ludzi – czy znacie jakiegoś polityka, dla którego warto obrażać swoich znajomych czy rodzinę? Czy któryś jest tego wart?

Nie taki cudowny

Na wstępie pojawił mi się napis: „witamy w cudownym świecie bloków…” Autor chyba w blokowiskach nie mieszkał 😉 W necie także nie taki cudowny ten świat bloków, jak go przedstawia worlpress. Osobiście bardziej mi się podoba samodzielna edycja, niż narzucanie blokowiska i wymuszanie robienia odstępów, pisania krótkich zdań, itp. Ale cóż, taki system sobie wybrałam, choć przed epoką bloków.

Jeśli chodzi o malowanie, to jeden pokój pomalowaliśmy. Z powodu nieprzewidzianych poprawek i pogody – deszczowej i wilgotnego powietrza, przez którą dłużej trzeba było suszyć i wietrzyć pomieszczenie, mały remont trwał dłużej niż się spodziewałam. A później musiałam nagle wyjechać do rodziny i drugi pokój do dziś pozostaje „nie ruszony”. Jedyne pocieszenie, że wszystko kupiliśmy, więc przynajmniej nie będzie się to wiązało z żadnymi wydatkami.

Ponieważ zawsze muszę sobie „wziąć na głowę” cudze problemy, tak też zrobiłam w te wakacje. Otóż, w bloku teściów chcą wymieniać drzwi wejściowe. Teraz są drewniane. Kiedyś były piękne, dziś są nieźle obstukane przez nieuważnych lokatorów, głównie wynajmujących mieszkania. Podobno ich remont jest nieopłacalny. Wkurzające czasy, w których mimo zaśmiecenia świata ciągle nie opłaca się remontować rzeczy, a „lepiej” i taniej jest je wyrzucić i kupić nowe.

Tytanowych nie założą, ale pomyślałam sobie, że może aluminiowe będą ok. Zawsze to coś bardziej wytrzymałego niż drewno czy plastik. Trzeba by tylko wybrać coś o dobrych parametrach szczelności i powinny się spodobać. O reszcie niech decydują sami 🙂

A tymczasem zbliża się długi sierpniowy weekend. Oby pogoda dopisała, bo potrzebuję relaksu na łonie natury 🙂